Kurs trenerski u Zosi i Piotra.

2018-08-15
#

Jak zapewne wiecie dla niektórych ludzi wiedzy nigdy dość. Kiedy potrzeby z tej pozycji w piramidzie Maslowa są zaspokajane, to osobnik czuje się bezpiecznie i komfortowo. Takim stanem na szczęście mogę cieszyć się ja sama. Pomijając drobne problemy życia codziennego, jak wędrująca pralka po mieszkaniu czy powracający problem z trądzikiem, względnie jestem spokojna. Tenże spokój popchnął mnie do decyzji o podjęciu się próby zrobienia kursu trenerskiego u Piotra Wojtków i Zosi Zaniewskiej. Po dwóch zjazdach pod Warszawą w Podkowie Leśnej, przyszedł czas na pierwsze refleksje i wnioski.

Może zacznę od tego, że nie zdecydowałam się na ten kurs ze względu na fejm jakim owiane są osoby powyższe. Wręcz przeciwnie, po obejrzeniu pierwszy raz filmików od John Doga, Piotr nie przekonał mnie do siebie. Dopiero jakieś pół roku temu zaczęłam przyglądać się cóż oni tam w tej Warszawie robią. W takim stanie, przekonana, że nic się nie zmieni, postanowiłam sięgać po wiedzę gdzie indziej, zapisując się na COAPE. W gonitwie myśli i rozpoczętym procesie rekrutacji, trafiłam na posta z opisem kursu u Piotra. Przeczytałam go uważnie i przekonałam się bez dwóch zdań, że praktyki i doszlifowanie warsztatu pracy z klientem jest dla mnie bardzo ważne. Bang, zapisałam się, a COAPE przełożyłam na przyszły wrzesień.

Pod Warszawą znajduje się mały Pensjonat Krzysin, gdzie przemiły Adam obsługuje tę przeuroczą miejscówkę. Droga przez las i bocznymi ulicami, pozwoliła na wyłączenie klimy i otwarte okna. Psy od razu usiadły i zaczęły zaciągać się świdrującym powietrzem. Na pierwszy zjazd pojechałam z Kofi i Snowem, ponieważ akurat był u nas na wakacjach. Snow jest najmilszym i najmniej konfliktowym psem jakiego znam, tym bardziej nie miałam obaw, co do zabrania go na wspólny wyjazd.

W salce szkoleniowej dla każdego psa z właścicielem zostało wyznaczone wygodne miejsce, między psami były odpowiednie przerwy, na wstępie widać, że zajęli się tym zawodowcy. Piotr z Zosią przywitali mnie bardzo serdecznie i poczułam się w sekundę wyluzowana. Po jakimś czasie zjawiła się reszta uczestników, część z psami a pozostali bez. Sama miałam chwilę zawahania czy brać Śmierdziela ze sobą, bo jak wszyscy wiedzą bądź nie, terriery nie grzeszą przyjaźnią do innych psów. Są dość ostre, szybkie i, jak mówiłam wielokrotnie, zawsze trzeba być sekundę przed nimi. Przy pierwszym spotkaniu twardo zaznaczają swoje miejsce, często wyłączając jakiekolwiek posłuszeństwo wobec opiekuna. Pogodziłam się z tym faktem, pokochałam i spodziewam się drugiego osobnika tej samej rasy, tym razem psa, który będzie mieć na imię Shop.

Pewnie wielu z Was lubi rozpoczynać nowe rzeczy, nowe projekty i świeże idee. Poczułam się jak w pierwszym dniu szkoły i lekka ekscytacja dała się we znaki. Przyłapałam się na myśli, że kiedy uczę się tego czego chcę, wkładam do tego niesamowicie dużo serca. Eureka – wiem, ale przez chwilę czułam się jakbym znalazła lek na raka. Prowadzący szkolenie zadbali o ciekawy plan, zajęcia praktyczne z własnymi psami i w schronisku w Korabiewicach. Ekipa z jaką robię szkolenie jest świetna, wszyscy są pomocni, wzajemnie się wspierają i czuję, że budujemy wspólnie społeczność trenerską. Z racji swojego zamiłowania do HR i pracy zespołowej, jestem wręcz zauroczona klimatem. Wiem, że mogę pytać i nie bać się mylić, a Piotr z Zosią tworzą tak dobrą wspierającą atmosferę, że każdy czuje się swobodnie. Na drugim zjeździe zostaliśmy podzieleni na grupy. Asia i Beata z jakimi robię razem zadania, mają mega dużą motywację i świetne uwagi. Wymiana doświadczeń jest szalenie ważna, a możliwość skonsultowania swoich durnych pomysłów, zanim wyśle się zaliczenie, zbawienna. Dlatego szanuję swoją grupę ćwiczebną i z przyjemnością mogę zostać w takim składzie do końca.

Dawka wiedzy i podział jej na sensowne moduły sprawił, że wiele informacji sobie wyprostowałam w głowie. Rozdzieliłam najmniejszą pierdołę na części pierwsze i pytanie ‘dlaczego tak?’ coraz rzadziej pojawia się w mojej głowie. Po każdym zjeździe dostajemy zadania domowe, co sprawia, że jeszcze bardziej czuje się jak w szkole. Odmładza mnie to niczym aparat na zębach i mogę sobie teraz pomarudzić, że nie mogę wyjść na rower, bo mam do oddania pracę na zajęcia. Z moim zamiłowaniem do studiów równym zero, cieszę się, że w końcu uczę się czegoś pożytecznego. Dużo zadań jakie dostajemy to praca z własnym psem, co dodatkowo zapewnia Kofi trzy razy więcej jedzenia. I naturalnie nasza relacja jest coraz lepsza.

Kurs nie jest dla każdego, jest dla osób, które chcą zająć się trenowaniem psiaków. Dla kogoś kto chce nauczyć psa chodzenia na luźnej smyczy, albo utrwalić siad, wystarczy trener na kilka sesji. Kurs nie czyni nas również behawiorystami, ponieważ przede wszystkim, uczymy się szkolić psy. Rozwiązywanie problemów w zachowaniu, odpowiednie ich rozpoznanie i diagnoza to inny temat. Poruszone są podstawy, ale po pełen zakres wiedzy w temacie udaje się od przyszłego roku na COAPE.

Trzymajcie kciuki!

Małgo

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *