Pierwszy tydzień szkolenia.

2018-04-11
#, #

Podejmując wyzwanie szkolenia obcego psa nie spodziewałam się, że będzie się to wiązać ze  wstawaniem o 4.30, wycieraniem kałuż moczu i spowolnieniem ruchów o 50%. Jednak ten grom z jasnego nieba na mnie spadł, więc postanowiłam się nie poddawać.

Linda, roczna suka Airedale terrier, jest w najgłupszym wieku w jakim mogą być psy – dojrzewanie. Wszystko jest “nie, bo nie”, a jak tylko przyjdzie mi do głowy coś od niej chcieć bez tony smaczków w ręku, to mogę sobie gadać i gadać. Pies ma mnie centralnie w dupie. Mało tego, kiedy ma ochotę, to swoim subtelnym małym ciałem wskakuje mi na kolana i przytula się tak mocno, że nie mogę się ruszyć. Typowe huśtawki nastrojów nie jednego już wykończyły nerwowo, ale pocieszam się faktem, że to przejściowe.

Kilka osób w ciągu tych dni subtelnie, między wierszami lub wprost pytało, dlaczego mój pies nie ma ogona. Otóż dla sprostowania, Linda ogon posiada, lecz jest tak bardzo schowany i przylegający do jej ciała, że go nie widać. Obniżone podwozie jak u sportowej fury aktualnie króluje przy większości aktywności jakie wykonujemy. Każdy szmer, uderzenie czegoś o coś sprawia, że Linda siada, ucieka, chowa się za meblami, podsikuje albo wskakuje mi przerażona na kolana. Jaka jest moja reakcja? Ja klasycznie na chłodno akceptuję sytuację, staram się ją wspierać w jej udziwnieniach i absolutnie nie podnoszę głosu. Mówię cały czas ciepło, wkładam w to całą masę czułości i zrozumienia, bo nie od dziś wiadomo, że tylko spokój nas uratuje.

Dziś mija 5 dzień naszych wspólnych wędrówek i ćwiczeń. Co ciekawe, mimo trudnej sytuacji są postępy! Linda na placu treningowym każdego ranka potrafi się skupić, reaguje na wszystkie (na razie 3) komendy i wykonuje je poprawnie. “Poprawnie” w mojej ocenie oczywiście, zapewne na szkoleniu w najbliższą sobotę okaże się zupełnie inaczej. Ale mam zamiar się tym zupełnie nie przejmować i radośnie kroczyć ku lepszemu. Linda już nie 5, a 2 minuty wchodzi do klatki z podwórka, co również jest sukcesem. W tym tygodniu mamy do opanowania ‘równaj’, ‘lewo’, ‘prawo’, ‘stój’, ‘siad’ (przy nodze) i ‘zostań’, co wydaje mi się na razie abstrakcją, ale robię co w mojej mocy mając niezły ubaw.

O mały włos zapomniałabym o moim małym serduszku – Kofi. Nie dość, że kontrastując z Lindą Kofi w moich oczach jest aniołkiem i niemalże czuję jakby mnie olśniło, to jeszcze pomaga mi ją wychowywać. Mały szeregowy chodzi za nią po domu i jak tylko Linda ruszy coś czego psom nie wolno, Kofi kłapie jej przy pysku zębami, warczy, coś tam mruczy, albo po prostu idzie ją popchnąć. Jak wołam Lindę po raz 372648, opadają mi ręce i mówię: ‘Kofi idź po nią’, Kofunia leci do Lindy, “namruczy” na nią i nagle Linda z nią przychodzi. Kiedy Linda opornie reaguje na daną komendę, Kofi siada i ją opieprza doprowadzając do pionu. Jestem absolutnie zachwycona jej zachowaniem i mam przykazanie pozwalać Kofi to robić – nie reaguję. Wychodzę z założenia, że natura w wielu miejscach musi poukładać się sama – musimy jej tylko na to pozwolić.

Za tydzień kolejna relacja z życia naszego małego stada, gdzie jedna leje, druga ma cieczkę, Pawła nie ma, syf w chacie, roboty po kokardę, a Pani z depilacji cukrem powiedziała, że mam za krótkie włoski do zabiegu, tym samym jeszcze kilka dni będę mieć sarnę. Jak żyć?!

Małgo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *